Relikwie

Do zakupienia na Amazon.com

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rok 1924. Młody porucznik polskiego wywiadu nie chce dopuścić do kontaktu pomiędzy Sowietami a nowym, lewicowym rządem Meksyku. Fabuła “Relikwii” kręci się zatem wokół odwiecznego konfliktu pomiędzy kapitalizmem a komunizmem, ale nie tylko. Książka opowiada także o tym, jak nadprzyrodzone zdolności, takie jak telepatia czy widzenie całego elektromagnetycznego spektrum, przysłużyłyby się autorytarnemu reżimowi. Ponadto główny bohater powieści musi rozwiązać moralny dylemat i wybrać pomiędzy swoimi prywatnymi interesami a dobrem ojczyzny. Autor zabiera Czytelnika w podróż po tak odległych miejscach jak Meksyk, Bretania i Stany Zjednoczone, ale to tajemnicza kraina zwana Sarmacją będzie miejscem, w którym porucznik będzie musiał zdecydować, czy ważniejsza jest dla niego miłość, czy Bóg, Honor i Ojczyzna.

Urywek tekstu:

Z zakłopotania ratuje mnie megafon: mechaniczny głos kobiety, który oznajmia, że przystanek na stacji w Kozłowie będzie trwał trzy godziny ze względu na inspekcję przewożonego towaru przez wojsko. Proponuję jej przechadzkę po wsi i otrzymuję afirmatywną odpowiedź. Przepychamy się przez tłum zapracowanych, spieszących do Krakowa pasażerów, oburzonych niespodziewanym opóźnieniem. Jest kilku panów w garniturach ze srebrnymi zegarkami oraz odurzony minister w smokingu. Oburzone panie na szpilkach złorzeczą na rozpychający się plebs w lnianych łachmanach. Przy wyjściu stoi naciągacz we fraku, z cylindrem na głowie, reklamujący nowy bank podczas rozmowy z panami, lecz żonglujący piłeczkami osobom, które przeważnie nie adresuje się przydomkami. Wszyscy ci ludzie mają określony cel i nie wydają się szczęśliwi.
Razi nas wieczorne słońce. Jakiś chłop popędza bydło na drodze za torami. Maszerujemy pod topolami i natykamy się na pola maków, chabrów. W sitowiu wokół jeziorka szumi rozkosznie. Naturalny habitat zakłócają jedynie wystające z tafli jeziora kominy i platforma wiertnicza.
Usmolony karzeł otwiera jeden z szybów, po czym wyskakuje na brzeg jeziora. Ocieka czernią. Frajer, krzyczy, wskazując na mnie palcem. Zostaw, to jeszcze dzieciak, mówi Anastazja, ja jednak rzucam się w pościg pomiędzy zboża. Paleta barw łąki, rozwodniona przez słońce, sprawia, że mam majaki, fatamorgany, miraże jakoweś. Po diable nie ma śladu. Może był to sen, może czarny leprechaun mi się przyśnił…
Nagle karzeł pojawia się jednak naprzeciwko mnie, szczerząc białe, końskie zęby. Stoję do niego en face, jak Doktor Frankenstein naprzeciw swego potwora, a on macha kijem baseballowym.
Krowy chadzają po chmurach, a gnom schyla się nade mną, szepcze mi coś do ucha.
Jest dobra. Uwierz mi, synu, ze mną była niesamowita.
Gdy zakurzony wracam do wsi po topolowej drodze, z drzew opadają liście. Na miejscu dziewczyna informuje mnie:
Uznałam, że nic było po mnie samej, na środku pola, z nieprzeciętną urodą.
Moje nadzieje na jej litość i zmartwienie rozwiane. Traf chciał, że znalazła sobie wiejską biesiadę, na której wieśniaczki, przyozdobione piórami i kwiatami, rozluźniały atmosferę tańcząc krakowiaka z przybyszami z dalszych regionów kraju. Poznała muzyka z innego przedziału, znającego się nad wyraz na skalach muzycznych; władcę komplementu i sarkazmu, wybornego w tłumaczeniu ładnym kobietom tego i owego.

a Polish-American portfolio